logo
 

aleteia

A
A
A
 
Poczułam Gospel w swoich żyłach - wywiad
Zbliża się premiera płyty Gospel Joy i The Metro Big Band, pt. „The Greatest Gospel Hits”. Album będzie promowała trasa koncertowa. Zanim krążek pojawi się na rynku zapraszamy do przeczytania wywiadu o działalności i historii Gospel Joy z Agnieszką “Bacą” Górską – Tomaszewską.

1. Kiedy po raz pierwszy poczułaś, że gospel to właśnie ten styl muzyczny i kierunek, w którym chcesz pójść.
 
Dość wcześnie poczułam gospel w swoich żyłach. Miałam 15 lat, byłam w I klasie LO i śpiewałam w takim typowym klasycznym chórze szkolnym. Tam po raz pierwszy usłyszałam i zaśpiewałam tzw. Gospel Spiritual, czyli gospel w starym stylu, taki, jaki śpiewali czarnoskórzy niewolnicy na plantacjach w południowej części Stanów Zjednoczonych. Zakochałam się w tym tak mocno, że dosłownie cały czas, w każdej chwili, świadomie i nieświadomie te utwory królowały na moich ustach. Pamiętam, że moi koledzy z klasy wciąż mnie uciszali (śmiech), bo ile można słuchać tego samego. Dodam, że nie znałam wtedy nawet języka angielskiego w ogóle, więc to co faktycznie śpiewałam, było jakimś przedziwnym miksem, przypominającym tylko język angielski (śmiech). Chór szkolny był tylko krótkim epizodem, bo ku mojej wielkiej rozpaczy zakończył swoją działalność po roku… ale ja do końca liceum miałam te utwory w głowie. Wszyscy moim znajomi wiedzieli, że już wtedy w moim sercu i żyłach płynie gospel.
 
2. Gospel Joy- początki, czyli jak to się wszystko zaczęło?
 
Nigdy nie marzyłam o założeniu chóru gospel, ja tylko wciąż marzyłam o tym, by śpiewać taki prawdziwy, afroamerykański gospel. Wypożyczałam kasety VHS z wypożyczalni z filmami, takimi jak „Zakonnica w przebraniu” czy „Blues Brothers” albo „Preacher’s wife” i słuchałam zapatrzona w ekran. Czasami zatrzymywałam i cofałam jeden utwór po 40 razy. Tak, ja to naprawdę kochałam. Pamiętam taki okres w moim życiu, kiedy po dłuższym czasie wyjazdów zagranicznych wróciłam do kraju. To była jakaś impreza w domu i z głośników leciał gospel. Położyłam się wtedy na podłodze i dosłownie płakałam wielkimi łzami w tęsknocie za tym, by móc brać udział tworzeniu i wykonywaniu takiej muzyki. Dziś dobrze wiem, że Bóg zasiał w moim młodzieńczym sercu takie niesamowite ziarno, bo mnie znał bardziej niż ja sama. On wiedział bardziej niż ja, że znajdę w sobie siłę, by założyć chór i przetrwać niepowodzenia, porażki, załamania i inne ciężkie chwile. Wszystko po to, by przez te niesamowite dźwięki Go kiedyś uwielbiać. Ale po kolei.
 
Skończyłam liceum i wyjechałam za granicę. Nie było mnie cztery i pół roku. Potem wróciłam i dalej szukałam takiego chóru, który choćby trochę przypominał gospel. W 1997 roku, po rocznym pobycie w USA wrócił mój brat, który przywiózł mi zakupione na chybił trafił płyty gospel. Wśród nich była jedna o tytule „YES” Alvin’a Slaughter’a. Ta szczególnie przypadła mi do gustu…. No i się zaczęło.

www.chrzescijanskiegranie.pl




 
 

 

 
   Reklama   |   Wspomóż nas   |   Kontakt   |   Księga Gości   |   Copyright (C) Salwatorianie 2000-2019   |  Facebook